Bezwiedni aktorzy - strona 10
— A to jak?
— Mam wszystkie klejnoty matki, do trzech miesięcy zostanie w jednej koszuli. Już sama nie wie, skąd ma wycisnąć pieniędzy na procenty od tego, co jej pożyczyłam. Tedy chcesz się żenić, figlarzu?... — rzekła. — Daj pan czterdzieści franków, napyskuję wam więcej niż za sto talarów.
Gazonal pokazał czterdziestofrankówkę, a pani Nourisson podała przerażające szczegóły tajemnej nędzy kilku kobiet rzekomo z towarzystwa. Wprawiona w dobry humor tandeciarka odsłoniła swoją fizjonomię. Nie zdradzając żadnego nazwiska, żadnej tajemnicy, przyprawiła o dreszcz dwóch artystów, wykazując im, że mało które szczęście w Paryżu nie opiera się na chwiejnych podstawach kredytu. Ma w swoich szufladach nieboszczki babki, żyjące dzieci, nieboszczyków mężów, umarłe wnuczki, wspomnienia oprawne w złoto i brylanty! Dowiedziała się przerażających historii wypytując nawzajem o siebie swoich klientów, wydzierając im ich tajemnice w chwili namiętności, kłótni, gniewu oraz w czasie owych obleśnych rozmówek, jakimi dobija się targu o pożyczkę.
— Skąd pani wpadło do głowy chwycić się podobnego rzemiosła?
— Dla mego syna — odparła naiwnie. Prawie zawsze stręczycielki usprawiedliwiają
swoje rzemiosło wielce szlachetnymi racjami. Pani Nourisson przedstawiła się jako osoba, która straciła kilku narzeczonych; trzy córki źle się pokierowały, słowem, postradała wszystkie iluzje! Pokazała kwity lombardu, gdzie musiała zastawić swoje najpiękniejsze fanty, rozwodziła się nad tym, jak jej rzemiosło jest niepewne. Jęczała o swoich kłopotach na najbliższego pierwszego. Okradają ją strasznie, mówiła.
Dwaj artyści spojrzeli po sobie.
— Czekajcie, dzieci, pokażę wam, w jaki sposób nas naciągają! Nie chodzi o mnie, ale o moją sąsiadkę z przeciwka, panią Mahuchet, obuwie damskie. Pożyczyłam pieniędzy jednej hrabinie, kobiecie, która ma za wiele namiętności jak na swoje dochody. Panoszy się to w pięknych meblach, we wspaniałym apartamencie, przyjmuje, fetuje, rozbija się jak wszyscy diabli! Winna jest tedy trzysta franków swojej szewcowej, a wydawała proszony obiad nie dalej jak przedwczoraj. Szewcowa, która dowiedziała się tego przez kucharkę, przychodzi do mnie. Łamiemy sobie głowę, co począć; ona chce robić skandal, ja jej powiadam: „Moja droga pani Mahuchet, na co się to zdało, na to, aby się zohydzić". Lepiej uzyskać dobry fant. Niech trafi kosa na kamień. I nie psuć sobie wątroby.
Szewcowa chce tam iść, prosi mnie, aby jej pomagać; idziemy.
„Jaśnie pani nie ma w domu.
— Znamy to.
— Zaczekamy — powiada stara Mahuchetowa — choćbym miała czekać do północy“. I rozsiadamy się w przedpokoju, i czekamy. Rozmawiamy. A tu drzwi skrzypią i przetwierają się, i kroki, i głosy... Dla mnie to wszystko było przykre. Zaczynają się schodzić na obiad. Pojmujecie panowie, jak to razem wyglądało. Hrabina posyła pannę służącą, aby udobruchać Mahuchetową.
„Jutro pani dostanie wszystko!" Słowem, wszystkie numery!... Nic nie chwyta. Hrabina, wystrojona jak na niedzielę, przychodzi do jadalni. Mahuchetową, która ją usłyszała, otwiera drzwi i zjawia się. Awantura! Dopieroż, widząc stół lśniący od srebra (tace, świeczniki, wszystko błyszczało jak monstrancje), wypuszcza się jak ta furia i rozdziawia gębę: „Kiedy kto żyje za cudze pieniądze, powinien by się oszczędzać i nie wyprawiać obiadów. Być hrabiną i wisieć na trzysta franków u biednej szewcowej, która ma siedmioro dzieci!..."
Możecie sobie panowie wyobrazić, co ona tam wygarnęła, ot kobiecina bez wychowania. Kiedy hrabina próbowała coś rzec na usprawiedliwienie (brak gotówki), Mahuchetową wykrzykuje: „Moja pani, masz tu pani srebro, zastaw pani to nakrycie i zapłać mi!"
— „Niech pani weźmie sama“— rzecze hrabina zgarniając sześć nakryć i pchając je jej w rękę. Pędzimy po schodach... a ba! to się udało! Nie, na ulicy łzy naszły do oczu Mahuchetowej, odniosła nakrycie przepraszając, zrozumiała nędzę tej hrabiny, nakrycie było cynowe!...
— Cyna wstydząca się żebrać — rzekł Leon de Lora, w którym dawny Mistigris odzywał się często.
— A, mój drogi panie — rzekła pani Nourisson oświecona tym konceptem — pan jest artystą, pan pisze sztuki do teatru, mieszka pan przy ulicy du Helder, żył pan z panną Antonią, wiem, znam ... Rozumiem, panowie chcieliby mieć jakąś grandessę w wielkim stylu, Karabinę albo Mousqueton, Malagę albo Jenny Cadine.
— Malaga, Karabina, ależ to myśmy je zrobili tym, czym są! ... — wykrzyknął Leon de Lora.
— Przysięgam pani, droga pani Nourisson, że chcieliśmy jedynie mieć przyjemność poznania pani. Pragnęliśmy nieco szczegółów co do pani przeszłości; dowiedzieć się, po jakiej pochyłości osunęła się pani w swoje rzemiosło — rzekł Bixiou.
— Byłam gospodynią u pewnego marszałka Francji, księcia d'Ysembourg — rzekła przybierając pozę godną Doryny. — Pewnego rana przychodzi jedna z najwytworniejszych hrabin cesarskiego dworu i chce mówić z marszałkiem.
— Mam wszystkie klejnoty matki, do trzech miesięcy zostanie w jednej koszuli. Już sama nie wie, skąd ma wycisnąć pieniędzy na procenty od tego, co jej pożyczyłam. Tedy chcesz się żenić, figlarzu?... — rzekła. — Daj pan czterdzieści franków, napyskuję wam więcej niż za sto talarów.
Gazonal pokazał czterdziestofrankówkę, a pani Nourisson podała przerażające szczegóły tajemnej nędzy kilku kobiet rzekomo z towarzystwa. Wprawiona w dobry humor tandeciarka odsłoniła swoją fizjonomię. Nie zdradzając żadnego nazwiska, żadnej tajemnicy, przyprawiła o dreszcz dwóch artystów, wykazując im, że mało które szczęście w Paryżu nie opiera się na chwiejnych podstawach kredytu. Ma w swoich szufladach nieboszczki babki, żyjące dzieci, nieboszczyków mężów, umarłe wnuczki, wspomnienia oprawne w złoto i brylanty! Dowiedziała się przerażających historii wypytując nawzajem o siebie swoich klientów, wydzierając im ich tajemnice w chwili namiętności, kłótni, gniewu oraz w czasie owych obleśnych rozmówek, jakimi dobija się targu o pożyczkę.
— Skąd pani wpadło do głowy chwycić się podobnego rzemiosła?
— Dla mego syna — odparła naiwnie. Prawie zawsze stręczycielki usprawiedliwiają
swoje rzemiosło wielce szlachetnymi racjami. Pani Nourisson przedstawiła się jako osoba, która straciła kilku narzeczonych; trzy córki źle się pokierowały, słowem, postradała wszystkie iluzje! Pokazała kwity lombardu, gdzie musiała zastawić swoje najpiękniejsze fanty, rozwodziła się nad tym, jak jej rzemiosło jest niepewne. Jęczała o swoich kłopotach na najbliższego pierwszego. Okradają ją strasznie, mówiła.
Dwaj artyści spojrzeli po sobie.
— Czekajcie, dzieci, pokażę wam, w jaki sposób nas naciągają! Nie chodzi o mnie, ale o moją sąsiadkę z przeciwka, panią Mahuchet, obuwie damskie. Pożyczyłam pieniędzy jednej hrabinie, kobiecie, która ma za wiele namiętności jak na swoje dochody. Panoszy się to w pięknych meblach, we wspaniałym apartamencie, przyjmuje, fetuje, rozbija się jak wszyscy diabli! Winna jest tedy trzysta franków swojej szewcowej, a wydawała proszony obiad nie dalej jak przedwczoraj. Szewcowa, która dowiedziała się tego przez kucharkę, przychodzi do mnie. Łamiemy sobie głowę, co począć; ona chce robić skandal, ja jej powiadam: „Moja droga pani Mahuchet, na co się to zdało, na to, aby się zohydzić". Lepiej uzyskać dobry fant. Niech trafi kosa na kamień. I nie psuć sobie wątroby.
Szewcowa chce tam iść, prosi mnie, aby jej pomagać; idziemy.
„Jaśnie pani nie ma w domu.
— Znamy to.
— Zaczekamy — powiada stara Mahuchetowa — choćbym miała czekać do północy“. I rozsiadamy się w przedpokoju, i czekamy. Rozmawiamy. A tu drzwi skrzypią i przetwierają się, i kroki, i głosy... Dla mnie to wszystko było przykre. Zaczynają się schodzić na obiad. Pojmujecie panowie, jak to razem wyglądało. Hrabina posyła pannę służącą, aby udobruchać Mahuchetową.
„Jutro pani dostanie wszystko!" Słowem, wszystkie numery!... Nic nie chwyta. Hrabina, wystrojona jak na niedzielę, przychodzi do jadalni. Mahuchetową, która ją usłyszała, otwiera drzwi i zjawia się. Awantura! Dopieroż, widząc stół lśniący od srebra (tace, świeczniki, wszystko błyszczało jak monstrancje), wypuszcza się jak ta furia i rozdziawia gębę: „Kiedy kto żyje za cudze pieniądze, powinien by się oszczędzać i nie wyprawiać obiadów. Być hrabiną i wisieć na trzysta franków u biednej szewcowej, która ma siedmioro dzieci!..."
Możecie sobie panowie wyobrazić, co ona tam wygarnęła, ot kobiecina bez wychowania. Kiedy hrabina próbowała coś rzec na usprawiedliwienie (brak gotówki), Mahuchetową wykrzykuje: „Moja pani, masz tu pani srebro, zastaw pani to nakrycie i zapłać mi!"
— „Niech pani weźmie sama“— rzecze hrabina zgarniając sześć nakryć i pchając je jej w rękę. Pędzimy po schodach... a ba! to się udało! Nie, na ulicy łzy naszły do oczu Mahuchetowej, odniosła nakrycie przepraszając, zrozumiała nędzę tej hrabiny, nakrycie było cynowe!...
— Cyna wstydząca się żebrać — rzekł Leon de Lora, w którym dawny Mistigris odzywał się często.
— A, mój drogi panie — rzekła pani Nourisson oświecona tym konceptem — pan jest artystą, pan pisze sztuki do teatru, mieszka pan przy ulicy du Helder, żył pan z panną Antonią, wiem, znam ... Rozumiem, panowie chcieliby mieć jakąś grandessę w wielkim stylu, Karabinę albo Mousqueton, Malagę albo Jenny Cadine.
— Malaga, Karabina, ależ to myśmy je zrobili tym, czym są! ... — wykrzyknął Leon de Lora.
— Przysięgam pani, droga pani Nourisson, że chcieliśmy jedynie mieć przyjemność poznania pani. Pragnęliśmy nieco szczegółów co do pani przeszłości; dowiedzieć się, po jakiej pochyłości osunęła się pani w swoje rzemiosło — rzekł Bixiou.
— Byłam gospodynią u pewnego marszałka Francji, księcia d'Ysembourg — rzekła przybierając pozę godną Doryny. — Pewnego rana przychodzi jedna z najwytworniejszych hrabin cesarskiego dworu i chce mówić z marszałkiem.


