www.animal.waw.pl

Bezwiedni aktorzy - strona 14
dwóch... I bądźmy przyjaciółmi, Cynno!... daj mi te dwa świstki. Jeżeli ci odmówiłem, to dlatego, że bardzo jest ciężko człowiekowi, który może prowadzić swój skromny handelek jedynie puszczając walory na giełdą, trzymać twojego Ravenouilleta w szufladzie... To ciężko, bardzo ciężko ...
— A co liczysz za eskont? — spytał Bixiou.
— Prawie nic — odparł Vauvinet. — Będzie cię to kosztowało za trzy miesiące nędznych pięćdziesiąt franków...
— Jesteś moim dobroczyńcą, jak mawiał niegdyś Emil Blondet.
— Dwadzieścia od sta, procent w sumie!... szepnął Gazonal do ucha artyście, który mu odpowiedział energicznym szturchnięciem w żołądek.
— Ot — rzekł Vauvinet otwierając szufladę — widzę tu jakiś stary banknot pięćsetfrankowy, który się przylepił do szuflady. Nie wiedziałem, że jestem tak bogaty, szukałem dla ciebie weksla płatnego z końcem miesiąca na czterysta pięćdziesiąt. Cerizet weźmie ci go bez wielkiej straty i oto suma jest w komplecie. Ale bez kawałów, Bixiou. Będę dziś wieczór u Karabiny... przysięgasz mi...
— Czyż nie jesteśmy znów przyjaciółmi? — rzekł Bixiou, który wziął banknot na pięćset franków i weksel na czterysta pięćdziesiąt. — Daję ci słowo honoru, że zobaczysz dziś wieczór du Tilleta i wielu innych szukających swojej kolei... żelaznej u Karabiny.
Vauvinet odprowadził trzech przyjaciół aż na schody, kokietując karykaturzystę. Bixiou pozostał poważny aż do bramy, słuchał Gazonala, który starał się go oświecić co do tej operacji. Prowincjał dowodził mu, że jeżeli znajomek Vauvineta, ów Cerizet, weźmie dwadzieścia franków eskontu od
Darmowa reklama:

Pikniki firmowe

Wybór nowoczesnych firm pikniki firmowe najlepszej jakości.
www.actigra.pl

Negocjacje - Darmowe ogłoszenia - Tani Hosting - Naklejki - Ogrodowe Meble Metalowe

weksla na czterysta pięćdziesiąt, wypadnie ta w sumie na czterdzieści od sta ... Na ulicy Bixiou zmroził Gazonala śmiechem paryskiego kpiarza, owym niemym i zimnym śmiechem, podobnym do północnego wiatru.
— Koncesja na kolej żelazną będzie dziś ostatecznie odrzucona w Izbie — rzekł — wiemy to od wczoraj przez tę koryfejkę, do którejśmy się uśmiechnęli... A jeżeli wygram dziś wieczór pięć czy sześć tysięcy franków w lancknechta, cóż znaczy tych siedemdziesiąt franków straty ...
— Lancknecht to także jedna z tysiąca fizjonomii prawdziwego Paryża — rzekł Leon de Lora. — Toteż, kuzynie, zamierzamy cię wprowadzić do księżniczki z ulicy Saint-Georges, gdzie ujrzysz arystokrację loretek i gdzie możesz wygrać swój proces. Otóż nie podobna jest cię tam pokazać z twoimi pirenejskimi włosami. Wyglądasz na jeża. Zaprowadzimy cię tu niedaleko na płac Giełdy, do Mariusza: też jeden z naszych aktorów...
— Któż jest ten nowy aktor?
— Oto jego dzieje — rzekł Bixiou. — W roku 1800 niejaki Cabot, młody fryzjerczyk pożerany ambicją, przybył z Tuluzy do Paryża i otworzył sklepik. Ów genialny człowiek (posiada dwadzieścia cztery tysiące franków renty w Libourne, gdzie sobie osiadł) zrozumiał, że to pospolite i szpetne nazwisko nie zdobędzie nigdy sławy. Pan de Parny, którego golił, nadał mu imię Mariusza, o wiele szczęśliwsze od imion Armand i Hipolit, przechowywanych dziedzicznie w rodzie Cabot.Wszyscy następcy Cabota przezywali się Mariuszami. Mariusz obecny, jest to Mariusz V, nazywa się Mougin. Tak dzieje się w wielkich gałęziach handlu, tak jest z wodą Botot, z atramentem Petite-Vertu. W Paryżu nazwisko staje się własnością handlową, stanowi szlachectwo szyldu. Mariusz, który ma zresztą uczniów, stworzył, powiada, pierwszą szkołę czesania.
— Widywałem już, podróżując po Francji, wiele szyldów, na których widnieją słowa: „Ten a ten, uczeń Mariusza".
— Ci uczniowie muszą sobie myć ręce po każdym czesaniu; ale Mariusz nie przyjmuje ich bez wyboru, muszą mieć ładne ręce i sami być nieszpetni. Najudatniejsi z nich, tak swadą, jak postawą, idą czesać na miasto i wracają bardzo zmęczeni. Mariusz opuszcza sklep jedynie dla kobiet utytułowanych; ma kabriolet, grooma ...
— Ależ to ostatecznie chłystek — wykrzyknął Gazonal oburzony.
— Chłystek! — powtórzył Bixiou. — Pamiętaj pan, że jest kapitanem gwardii narodowej, ma krzyż legii za to, że pierwszy skoczył na barykadę w roku 1832.
— Uważaj, to nie jest ani fryzjer, ani perukarz: to dyrektor salonu fryzjerskiego — rzekł Leon wchodząc na schody o balaskach z kryształu, o mahoniowych poręczach i stopniach krytych bogatym dywanem.
— Niechże nas pan nie skompromituje — rzekł Bixiou. — W przedpokoju zastaniemy lokajów, którzy panu zdejmą surdut i kapelusz do oczyszczenia
i którzy pana wprowadzą do salonu. Objaśniam, pana o tym, przyjacielu Gazonal — dodał szelmowsko Bixiou — bo inaczej mógłbyś zacząć krzyczeć: „Na pomoc! Złodzieje!"
— Te salony — rzekł Leon — to są trzy buduary, w których dyrektor zgromadził wszystkie wymysły nowoczesnego zbytku. Przy oknach portiery, wszędzie kwiaty, miękkie kanapy, na których można czekać swej  kolei czytając gazety, kiedy wszy-
Oznaczenia: Pikniki firmowe