Bezwiedni aktorzy - strona 16
dać, mają swoje poglądy: kiedyś pan odszedł, pakują się z palcami albo z grzebieniem w nasze najpiękniejsze budowle, które powinny być wyrytowane i przechowane, bo nasze dzieła, drogi panie, trwają tylko kilka godzin... Wielki fryzjer to, he, he, to byłoby coś jak Carême i Vestris w swoich kreacjach... (Tędy główka, jeśli łaska, teraz robimy en face, dobrze). Nasz zawód jest zepsuty przez fu szerów, którzy nie rozumieją ani swojej epoki, ani swojej sztuki... Istnieją perukarze albo olejkarze. ci myślą tylko o tym, jakby wpakować swoje olejki... obrzydliwość... to prosty handel. Ci fuszerzy tną włosy albo czeszą, jak tam mogą... Ja, kiedy tu przybyłem z Tuluzy, miałem tę ambicję, aby się stać następcą wielkiego Mariusza, aby być prawdziwym Mariuszem, uświetnić to imię bardziej niż tamci czterej razem. Powiedziałem sobie: zwyciężyć lub umrzeć!... (Tak, teraz proszę się trzymać prosto, kończę pana). To ja pierwszy wprowadziłem tę elegancję. Salony moje stały się osobliwością Paryża. Gardzę anonsem: to, co kosztuje anons, ja włożę, drogi panie, w komfort, w umilenie życia.
Na przyszły rok będę miał w małym saloniku kwartecik, goście moi będą mieli muzykę, i to najlepszą. Tak, trzeba czymś osłodzić nudę tych, których się czesze. Nie taję przed sobą utrapień klienta. (Niech się pan przyjrzy). Dać się czesać to nużące, może tyle, co pozować do portretu, a pan wie może, że pan de Humboldt (umiałem wyzyskać tych niewiele włosów, które mu zostawiła Ameryka. Wiedza ma to podobieństwo do dzikich, że skalpuje człowieka do czysta)... otóż ten znakomity uczony powiedział, że po przykrości człowieka, którego wieszają, idzie zaraz przykrość człowieka, którego malują; ale zdaniem niektórych kobiet, czesanie idzie przed malowaniem. Otóż, drogi panie, ja chcę, aby ludzie przychodzili się czesać dla przyjemności. (Ma pan tu wicherek, który trzeba usunąć...) — Pewien Żyd proponował mi włoskie śpiewaczki, które w antraktach wyskubywałyby włoski czterdziestoletnim panom; ale pokazało się, że to są uczennice konserwatorium; nauczycielki fortepianu z ulicy Montmartre. Jest pan uczesany, łaskawy panie, tak jak powinien być człowiek z talentem. Ossjan — rzekł do lokaja w liberii — oczyścić i wyprowadzić pana. Na kogo kolej? — dodał z dumą, spoglądając po osobach, które czekały.
— Nie śmiej się, Gazonal — rzekł Leon do kuzyna zatrzymując się w drzwiach, skąd oko jego obejmowało plac Giełdy. — Widzę oto jednego z naszych wielkich ludzi; będziesz mógł porównać jego sposób mówienia z wysłowieniem tego przemysłowca. Powiesz mi potem, który z dwu jest większy oryginał.
— Nie śmiej się, Gazonal — rzekł Bixiou, przedrzeźniając uciesznie intonację Leona. — Jak sądzisz, czym się zajmuje Mariusz?
— Czesaniem.
— Uzyskał — odparł Bixiou — monopol sprzedaży koni en gros, tak samo jak jakiś kupiec korzenny, który nam sprzeda pasztet za trzy franki, zdobył sobie monopol sprzedaży trufli. Eskontuje weksle w swojej branży; pożycza na zastaw klientkom, kiedy są w kłopocie; bierze kapitały na dożywocie; gra na giełdzie, jest akcjonariuszem wszystkich dzienników mód; wreszcie sprzedaje pod nazwiskiem pewnego aptekarza haniebny specyfik, który na niego samego daje trzydzieści tysięcy franków rocznie, a który kosztuje za sto tysięcy rocznie anonsów.
— Czy to możliwe? — wykrzyknął Gazonal.
— Zapamiętaj pan to — rzekł poważnie Bixiou. -- W Paryżu nie ma małego handlu, wszystko tam olbrzymieje, od sprzedaży gałganów aż do sprzedaży zapałek. Szynkarz, który z serwetką pod pachą wita cię, gdy wchodzisz do sklepu, może mieć pięćdziesiąt tysięcy renty; garson z restauracji ma czynny i bierny cenzus wyborczy. Jegomość, którego widząc na ulicy wziąłbyś za żebraka, ma w kieszonce od kamizelki za sto tysięcy franków diamentów i nie ukradł ich.
Trzej nierozłączni (na ten dzień przynajmniej) przyjaciele skierowali się za przewodem pejzażysty tak, aby się natknąć na człowieka około lat czterdziestu, ze wstążeczką legii, który szedł od bulwarów ulicą Neuve-Vivienne.
— No i cóż — rzekł Leon — o czym dumasz, kochany Dubourdieu, o jakiejś pięknej symbolicznej kompozycji!... Mój drogi kuzynie, mam zaszczyt ci przedstawić naszego znakomitego malarza Dubourdieu, nie mniej sławnego przez swój talent, co przez swoje humanitarne przekonania... Pan Dubourdieu, mój kuzyn Palafox.
Dubourdieu, mały, wypełzły człowieczek o niebieskich melancholijnych oczach, skinął lekko głową Gazonalowi, który skłonił się przed wielkim człowiekiem.
— Zamianowaliście tedy Stidmana w miejsce...
— Cóż chcesz, mnie przy tym nie było — odparł wielki pejzażysta.
— Hańbicie Akademię — odparł malarz. — Wybierać podobnego człowieka! Nie chcę o nim mówić nic złego, ale to, co on robi, to rzemiosło!... Dokąd przywiedzie się pierwszą ze sztuk, tę, której dzieła są najtrwalsze, która stanowi pomnik narodów wówczas, gdy wszystko z nich zginie dla świata, nawet pamięć!... która uświęca wielkich ludzi?
Rzeźba to kapłaństwo: ona streszcza idee danej
Na przyszły rok będę miał w małym saloniku kwartecik, goście moi będą mieli muzykę, i to najlepszą. Tak, trzeba czymś osłodzić nudę tych, których się czesze. Nie taję przed sobą utrapień klienta. (Niech się pan przyjrzy). Dać się czesać to nużące, może tyle, co pozować do portretu, a pan wie może, że pan de Humboldt (umiałem wyzyskać tych niewiele włosów, które mu zostawiła Ameryka. Wiedza ma to podobieństwo do dzikich, że skalpuje człowieka do czysta)... otóż ten znakomity uczony powiedział, że po przykrości człowieka, którego wieszają, idzie zaraz przykrość człowieka, którego malują; ale zdaniem niektórych kobiet, czesanie idzie przed malowaniem. Otóż, drogi panie, ja chcę, aby ludzie przychodzili się czesać dla przyjemności. (Ma pan tu wicherek, który trzeba usunąć...) — Pewien Żyd proponował mi włoskie śpiewaczki, które w antraktach wyskubywałyby włoski czterdziestoletnim panom; ale pokazało się, że to są uczennice konserwatorium; nauczycielki fortepianu z ulicy Montmartre. Jest pan uczesany, łaskawy panie, tak jak powinien być człowiek z talentem. Ossjan — rzekł do lokaja w liberii — oczyścić i wyprowadzić pana. Na kogo kolej? — dodał z dumą, spoglądając po osobach, które czekały.
— Nie śmiej się, Gazonal — rzekł Leon do kuzyna zatrzymując się w drzwiach, skąd oko jego obejmowało plac Giełdy. — Widzę oto jednego z naszych wielkich ludzi; będziesz mógł porównać jego sposób mówienia z wysłowieniem tego przemysłowca. Powiesz mi potem, który z dwu jest większy oryginał.
— Nie śmiej się, Gazonal — rzekł Bixiou, przedrzeźniając uciesznie intonację Leona. — Jak sądzisz, czym się zajmuje Mariusz?
— Czesaniem.
— Uzyskał — odparł Bixiou — monopol sprzedaży koni en gros, tak samo jak jakiś kupiec korzenny, który nam sprzeda pasztet za trzy franki, zdobył sobie monopol sprzedaży trufli. Eskontuje weksle w swojej branży; pożycza na zastaw klientkom, kiedy są w kłopocie; bierze kapitały na dożywocie; gra na giełdzie, jest akcjonariuszem wszystkich dzienników mód; wreszcie sprzedaje pod nazwiskiem pewnego aptekarza haniebny specyfik, który na niego samego daje trzydzieści tysięcy franków rocznie, a który kosztuje za sto tysięcy rocznie anonsów.
— Czy to możliwe? — wykrzyknął Gazonal.
— Zapamiętaj pan to — rzekł poważnie Bixiou. -- W Paryżu nie ma małego handlu, wszystko tam olbrzymieje, od sprzedaży gałganów aż do sprzedaży zapałek. Szynkarz, który z serwetką pod pachą wita cię, gdy wchodzisz do sklepu, może mieć pięćdziesiąt tysięcy renty; garson z restauracji ma czynny i bierny cenzus wyborczy. Jegomość, którego widząc na ulicy wziąłbyś za żebraka, ma w kieszonce od kamizelki za sto tysięcy franków diamentów i nie ukradł ich.
Trzej nierozłączni (na ten dzień przynajmniej) przyjaciele skierowali się za przewodem pejzażysty tak, aby się natknąć na człowieka około lat czterdziestu, ze wstążeczką legii, który szedł od bulwarów ulicą Neuve-Vivienne.
— No i cóż — rzekł Leon — o czym dumasz, kochany Dubourdieu, o jakiejś pięknej symbolicznej kompozycji!... Mój drogi kuzynie, mam zaszczyt ci przedstawić naszego znakomitego malarza Dubourdieu, nie mniej sławnego przez swój talent, co przez swoje humanitarne przekonania... Pan Dubourdieu, mój kuzyn Palafox.
Dubourdieu, mały, wypełzły człowieczek o niebieskich melancholijnych oczach, skinął lekko głową Gazonalowi, który skłonił się przed wielkim człowiekiem.
— Zamianowaliście tedy Stidmana w miejsce...
— Cóż chcesz, mnie przy tym nie było — odparł wielki pejzażysta.
— Hańbicie Akademię — odparł malarz. — Wybierać podobnego człowieka! Nie chcę o nim mówić nic złego, ale to, co on robi, to rzemiosło!... Dokąd przywiedzie się pierwszą ze sztuk, tę, której dzieła są najtrwalsze, która stanowi pomnik narodów wówczas, gdy wszystko z nich zginie dla świata, nawet pamięć!... która uświęca wielkich ludzi?
Rzeźba to kapłaństwo: ona streszcza idee danej


