www.animal.waw.pl

Bezwiedni aktorzy - strona 18
— Czy wyobrażasz sobie, aby inteligentny człowiek, skoro raz przejrzy moralną podszewką Paryża, mógł żyć gdzie indziej? — spytał Leon kuzyna.
— Gdybyśmy zawieźli Gazonala do starej Fontaine — rzekł Bixiou kiwając na dorożkę — będzie to przejście od realizmu do fantazji.
— Jedź na Vieille rue du Tempie.
I wszyscy trzej potoczyli się w kierunku Marais.
— Co mi pokażecie? — spytał Gazonal.
— Dowód na to, co mówił Bixiou — odparł Leon. — Pokażemy ci kobietę, która sobie wykrzesała dwadzieścia tysięcy franków ekploatując myśl.
— Kabalarka — rzekł Bixiou, który wyczytał pytanie w minie południowca. — W kołach, które silą się poznać przyszłość, pani Fontaine uchodzi za uczenszą niż nieboszczka Lenormand.
— Musi być bogata! — wykrzyknął Gazonal.
— Była ofiarą swojej manii, dopóki istniała loteria — odparł Bixiou — bo w Paryżu nie ma wielkich dochodów bez wielkich wydatków. Wszystkie tęgie głowy pękają tutaj jak gdyby dla stworzenia klapy bezpieczeństwa dla swej pary. Wszyscy ci, którzy dużo zarabiają, mają jakieś nałogi lub kaprysy, z pewnością dla równowagi społecznej.
— A teraz, kiedy loteria zniesiona? ... — spytał Gazonal.
— Ma siostrzeńca, dla którego ciuła.
Przybywszy na miejsce, trzej przyjaciele ujrzeli w jednym z najstarszych domów na tej ulicy schody o chwiejących się stopniach, pokryte grubą warstwą błota. Te schody zawiodły ich, w półmroku i smrodzie właściwym tym starym domom, aż na trzecie piętro, do drzwi, które mógłby oddać jedynie rysunek: literatura straciłaby zbyt wiele nocy na to, aby je opisać należycie!
Stara kobieta, harmonizująca z drzwiami i będąca może ich żywym ucieleśnieniem, wprowadziła trzech przyjaciół do przedpokoju, gdzie mimo ciepła, w jakim kąpały się ulice Paryża, uczuli lodowate zimno, jakby z najgłębszej krypty. Szła tam wilgoć z podwórza, które podobne było do dużego komina.
Panował tam wieczny mrok; na gzymsie za oknem znajdowała się skrzynka pełna chorowitych roślin. W tym pokoju, powleczonym jakby tłustą sadzą, krzesła, stół, wszystko ziało nędzą. Słowem, najdrobniejszy szczegół dopełniał niejako ohydnej staruchy o zakrzywionym nosie, bladej twarzy, odzianej w przyzwoite łachmany, która zaprosiła gości, aby usiedli, oznajmiając, że jedynie pojedynczo wchodzi się do pani.
Gazonal, który udawał zucha, wszedł pierwszy. Znalazł się w obliczu kobiety jakby zapomnianej przez śmierć, która z pewnością zapomina umyślnie o takich stworach, aby zostawić pośród żyjących parę egzemplarzy samej siebie. Wyschła twarz, w której błyszczała para szarych oczu nużącym swym bezwładem; zapadły nos ubabrany tabaką; kości pokryte wątłymi mięśniami, które, udając ręce, tasowały niedbale karty, niby machina mająca niebawem ustać. Ciało, istny kij od miotły, przyzwoicie odziane w suknię, zażywało przywilejów martwej natury: nie poruszało się. Czoło było przykryte czarnym aksamitnym czepkiem. Pani Fontaine (to była kobieta!) miała po prawej ręce czarną kurę, a po lewej wielką ropuchę zwaną Astaroth, której Gazonal nie spostrzegł w pierwszej chwili.
Ropucha ta olbrzymich rozmiarów przerażała nie tyle sama przez się, ile przez dwa topazy, wielkie jak półfrankówki i lśniące niby dwie lampy. Nie podobna było wytrzymać tego spojrzenia. Jak powiedział nieboszczyk Lassailly, kiedy leżąc w polu chciał rozprawić się z ropuchą, która go urzekła, ropucha jest istotą niepojętą. Może streszcza się w niej cały świat zwierzęcy łącznie z człowiekiem: bo — powiadał Lassailly — ropucha żyje bez końca i jak wiadomo, ze wszystkich żyjących stworzeń najdłużej odprawia swoje gody małżeńskie.
Czarna kura miała o dwie stopy od stołu swoją klatkę, przykrytą zielonym suknem, a dochodziła do niej po desce, która stanowiła niby zwodzony most między stołem a klatką.
Skoro owa kobieta, najmniej rzeczywista z tych, które zapełniały tę hoffmanowską jaskinię, rzekła Gazonalowi: „Przetnij!" zacny fabrykant uczuł mimowolny dreszcz. Tego rodzaju istotom grozę nadaje waga rzeczy, które chcemy wiedzieć. Przychodzi się kupować nadzieję: one to wiedzą dobrze!
Grota Sybilli była o wiele ciemniejsza niż korytarz; nie można było rozróżnić koloru obicia. Sufit, poczerniały od dymu, nie tylko nie odbijał tej odrobiny światła, jakie dawało okno zarośnięte nędznymi i bladymi roślinami, ale pochłaniał je. Półświatło to padało całe na stół, przy którym siedziała czarownica. Ten stół, fotel starej i ten, na którym siedział Gazonal, tworzyły całe umeblowanie tego pokoju, przeciętego na dwoje stryszkiem, na którym zapewne sypiała pani Fontaine. Przez uchylone drzwi Gazonal usłyszał bulgot gotującej się wody. Ten szmer kuchenny, połączony z mieszanym zapachem, w którym przeważała woń zlewu, kojarzył niesamowicie potrzeby rzeczywistego życia z pojęciami nadprzyrodzonej władzy.Budzi-