www.animal.waw.pl

Bezwiedni aktorzy - strona 19
ło to wstręt zaprawny ciekawością. Gazonal spostrzegł stopień z białego drzewa, zapewne ostatni stopień schodów wiodących na stryszek. Ogarnął te szczegóły jednym rzutem oka i doznał uczucia mdłości. To było coś innego, straszliwszego niż opisy powieściopisarzy i sceny z niemieckich dramatów; to aż dławiło prawdą. Powietrze było ciężkie i duszące, ciemność działała na nerwy. Kiedy południowiec z udaną pewnością siebie spojrzał na ropuchę, czuł w żołądku gorąco niby od emetyku. Strach, jaki go objął, dość był podobny temu, jakiego doznaje zbrodniarz na widok żandarma. Próbował dodać sobie ducha spoglądając na panią Fontaine, ale napotkał parę białych prawie oczu, których nieruchome i lodowate źrenice były dlań czymś nie do wytrzymania. Cisza stała się przerażająca.
— Czego pan sobie życzy — rzekła pani Fontaine — kabałę za pięć franków, za dziesięć franków, czy wielką kabałę?
— Za pięć franków, to już dosyć drogo odparł południowiec, który czynił w duchu niesłychane wysiłki, aby się nie poddać wrażeniu.
W chwili gdy Gazonal starał się skupić, piekielny głos sprawił, że podskoczył na fotelu. To czarna kura zaskrzeczała.
— Idź, moje dziecko, idź, ten pan chce wydać tylko pięć franków. — I kura jakby zrozumiała swą panią, bo zatrzymawszy się o krok od kart, wróciła poważnie na swoje miejsce. — Jaki kwiat pan lubi? — spytała stara głosem zachrypłym od flegmy, która podnosiła się i opadała ustawicznie w oskrzelach.
— Różę.
— Jaki kolor woli pan od innych?
— Niebieski.
— Jakie zwierzę?
— Konia. Na co te pytania? — zapytał on z kolei.
— Człowiek ma styczność ze wszystkimi tymi formami przez swoje poprzednie istnienia — rzekła sentencjonalnie — stamtąd pochodzą jego instynkty, a instynkty kierują jego losem. — Co pan najchętniej jada? Rybę, zwierzynę, mięso, słodycze, jarzyny czy owoce?
— Zwierzynę.
— W którym miesiącu się pan urodził?
— We wrześniu.
— Niech pan pokaże rękę.
Pani Fontaine wpatrzyła się bardzo uważnie w linie ręki, którą jej podał. Wszystko to działo się bardzo poważnie, bez aparatu czarnoksięstwa, z prostotą, z jaką rejent wypytuje się o intencje klienta przed spisaniem aktu. Stasowawszy karty, poprosiła Gazonala, aby je przeciął i złożył sam na trzy kupki. Wzięła kupki/złożyła je na sobie,
przyjrzała się im tak, jak gracz przygląda się trzydziestu sześciu numerom ruletki, nim zaryzykuje stawkę. Gazonal czuł zimno w kościach; nie wiedział już, gdzie jest: ale jego zdumienie wzrosło, kiedy ohydna stara, której fałszywy kok zawierał więcej czarnych wstążek niż włosów fryzowanych w loczki, oznajmiła mu zachrypłym głosem wszystkie nawet najtajniejsze szczegóły jego życia. Opowiedziała mu jego upodobania, przyzwyczajenia, charakter, nawet myśli dzieciństwa; wszystko, co mogło nań wpłynąć, jego chybione małżeństwo, czemu, z kim, dokładny opis kobiety, którą kochał, wreszcie z jakich stron przybywa, jego proces, etc.
Gazonal przypuszczał jakąś mistyfikację przygotowaną przez kuzyna: ale zaledwie powziął tę myśl, natychmiast uczuł jej niedorzeczność. Stanął w osłupieniu przed tą istotnie piekielną władzą, której wcielenie pożyczyło od ludzkości wszystkiego, co we wszechczasach wyobraźnia poetów i malarzy uważała za rzecz najbardziej przerażającą: ohydna, mała, dychawiczna staruszka, bez zębów, o zimnych wargach, płaskim nosie, białych oczach! Źrenice pani Fontaine ożywiły się, błysnął w nich płomień tryskający z głębin przeszłości lub piekła. Gazonal przerwał starej pytając machinalnie, do czego służy jej ropucha i kura.
— Aby przepowiadać przyszłość. Pacjent rzuca sam ziarno na chybi-trafi na karty. Biłusia je dziobie, Astaroth wlecze się po nich, aby brać pożywienie, które klient jej podsuwa. Te dwie cudowne inteligencje nigdy się nie omyliły! Chce je pan widzieć przy robocie? Pozna pan swoją przyszłość. To kosztuje sto franków.
Gazonal, przerażony spojrzeniami Astaroth, rzucił się do przedpokoju, skłoniwszy się straszliwej pani Fontaine. Był cały w pocie, jak gdyby pod piekielnym wpływem złego ducha.
— Chodźmy stąd! — rzekł do artystów. — Czyście się kiedy radzili tej czarownicy?
— Nie robię nigdy nic ważniejszego nie poradziwszy się Astaroth i zawsze na tym dobrze wyszedłem.
— Wciąż czekam uczciwego majątku, który mi przyrzekała Biłusia — rzekł Bixiou.
— Ja mam gorączkę — wykrzyknął południowiec. — Gdybym uwierzył w to, co mi powiadacie, uwierzyłbym tedy w czarnoksięstwo, w nadnaturalną siłę?
— Może tylko naturalną — odparł Bixiou. — Trzecia część loretek, czwarta część mężów stanu, połowa artystów radzi się pani Fontaine, a znamy ministra, któremu ona służy za Egerię.
— Czy powiedziała ci przyszłość?— spytał Leon.
— Nie, wystarczyła mi przeszłość. Ale jeżeli przy pomocy swoich ohydnych współpracowników