www.animal.waw.pl

Bezwiedni aktorzy - strona 3
i najmniejszych fatałaszek, że przycupnął w swoim nędznym hoteliku. Południowiec ten, pozbawiony słońca, nienawidził Paryża, który nazywał fabryką reumatyzmów. Sumując koszty swego procesu i pobytu, przysięgał sobie za powrotem otruć prefekta albo przyprawić mu rogi! W chwilach melancholii zabijał prefekta bez pardonu, w chwilach lepszego humoru przyprawiał mu rogi.
Pewnego rana, kończąc śniadanie i klnąc przy tym jak wściekły, przeglądał dziennik. Wyczytał te słowa, kończące dłuższy artykuł;
Nasz wielki pejzażysta, Leon de Lora, który przed miesiącem powrócił z Włoch, wystawi w Salonie kilka płócien, wystawa tedy zapowiada się świetnie!
Słowa te uderzyły Gazonala, jak gdyby rzucił mu je w ucho ów głos, który wiedzie szczęśliwych graczy. Z szybkością decyzji, jaka cechuje ludzi Południa, Gazonal wypadł z hotelu na ulicę, z ulicy skoczył do kabrioletu i udał się na ulicę Berlińską do swego kuzyna.
Leon de Lora kazał powiedzieć krewniakowi, te go prosi na śniadanie do „Cafe de Paris“ nazajutrz, w tej chwili bowiem jest zajęty i nie może go przyjąć. Gazonal, jako prawdziwy południowiec, opowiedział lokajowi wszystkie swoje niedole.
Nazajutrz o dziesiątej Gazonal, o wiele zbyt strojny na tę okoliczność (niebieski frak ze złotymi guzami, koszula z żabotem, biała kamizelka i żółte rękawiczki), oczekiwał swego amfitriona, drepcąc przez godzinę po bulwarze, dowiedziawszy się wprzód od kawiarza (tak się nazywa na prowincji właściciel kawiarni), że stali goście śniadają zazwyczaj między jedenastą a dwunastą.
— Około wpół do dwunastej dwaj paryżanie, w zwykłych kurteczkach (mówił, opowiadając swoje przygody krajanom) i wyglądający na hetkę pętelkę, wykrzyknęli widząc mnie na bulwarze: „Jest twój Gazonal!" Sekundantem tym był Bi-xiou, którego Leon de Lora wziął z sobą, aby się zabawić kosztem kuzyna.
„Nie gniewaj, się drogi kuzynie, jestem na twoje usługi", wykrzyknął mały Leonek ściskając mnie — opowiadał Gazonal za powrotem swoim przyjaciołom. — Śniadanie było wspaniałe. Miałem uczucie, że mi się troi w oczach, kiedy ujrzałem ilość sztuk złota, które to wszystko pochłonęło. Ci ludzie muszą zarabiać istne góry złota. Leon dał garsonowi trzydzieści su, tyle ile wynosi całodzienny zarobek człowieka.
Podczas tego kolosalnego zaiste śniadania (sześć tuzinów ostryg, sześć kotletów à la Soubise, kura à la Marengo, majonez z homara, groszek, omlet z grzybami, wszystko podlane trzema butelkami
szampana z dodatkiem kawy, likierów, nie licząc przystawek) Gazonal grzmiał z nieopisaną werwą przeciw Paryżowi. Szlachetny fabrykant wyrzekał na długość czterofuntowych bochenków chleba, na wysokość domów, na obojętność przechodniów, na zimno i deszcz, na ceny dorożek, a wszystko tak dowcipnie, że dwaj artyści zapłonęli sympatią do Gazonala i prosili, aby im opowiedział swój proces.
— Mój proces — rzekł wymawiając silnie z prowansalska — to rzec bardzo prosta: oni chcą mojej fabryki. Wyszukałem tu dobrego adwokata, któremu daję za każdym razem dwadzieścia franków, aby dobrze otwierał oczy, i widzę, że za każdym razem śpi... Ten ślimak jeździ sobie powozem, gdy ja cłapię pieszo, naciąga mnie bezwstydnie! Żeby tylko z ulicy na ulicę, widzę, że powinienem był wziąć powóz... Tutaj patsą tylko na tych, co się chowaj ą w powozie ... Z drugiej strony, rada stanu to kupa nierobów, któzy dają się wyręcać hultajom opłacanym przez nasego prefekta ... Tak wygląda mój proces!... Chcą mojej fabryki, no i będą ją mieli!... porozumieją się z moimi robotnikami, których jest dobra setka i któzy ...
— Słuchaj, kuzynie — rzekł pejzażysta — od jak dawna jesteś tutaj?
— Od dwóch lat! Och ten ladaco prefekt! On mi to drogo zapłaci! Udusę go, choćbym miał iść na galery!
— Który radca stanu prowadzi rozprawę?
— Dawny dziennikarz, ot wielka tam figura, wabi się Massol.
Dwaj paryżanie wymienili spojrzenie.
— A referent?
— Jesce większy pajac! jakiś referendarz profesorzyna czegoś tam w Sorbonie, skrobie piórkiem po gazetach, człowiek, którego ja bym.
— Klaudiusz Vignon — rzekł Bixiou.
— Właśnie, to samo — odparł południowiec — Massol i Vignon, to są władcy mego losu, a zarazem najemne zbiry mego prefekta.
— Jeszcze jest rada — rzekł Leon de Lora. — Widzisz, kuzynie, wszystko jest możliwe w Paryżu: złe i dobre, sprawiedliwe i niesprawiedliwe Wszystko się tu robi, przerabia, odrabia.
— Niech mnie czarci porwą, jeżeli zostanę tu bodaj dziesięć sekund dłużej! To najnudniejsza dziura pod słońcem.
W tej chwili dwaj kuzyni i Bixiou przechadzali się tam i z powrotem po owym asfaltowym obrusie, gdzie trudno jest nie spotkać paru osobistości, dla których Sława dmie w swoją trąbę. Niegdyś Place-Royale, później Pont-Neuf miały ten przywilej, obecnie zdobyty przez bulwar des Italiens.