www.animal.waw.pl

Bezwiedni aktorzy - strona 6
parła wspaniała kobieta, która się ukazała w rozkosznej rannej toalecie.
— W takim razie, droga Zuzanno, my, przyjaciele, możemy wejść — rzekł Bixiou.
— Cóż za śliczna kobieta! — rzekł Gazonal.
— To pani Gaillard — szepnął Leon de Lora kuzynowi do ucha. — Widzisz, mój drogi, najskromniejszą kobietę w Paryżu: miała całe miasto, zadowoliła się mężem.
— Co dostojni panowie rozkażą? — spytał jowialny administrator widząc dwóch przyjaciół i imitując Fryderyka Lemaitre.
Teodor Gaillard, niegdyś inteligentny człowiek, zgłupiał w końcu tkwiąc wciąż w jednym środowisku; zjawisko nierzadkie w Paryżu. Główny jego wdzięk polegał na przeplataniu rozmowy powiedzeniami z modnych sztuk, wygłaszanymi akcentem sławnych aktorów w tych rolach.
— Przychodzimy się poweselić — odparł Leon.
— Jeszcze, młodzieńcze! (Odry w Pajacach).
— Słowem, rzecz jest pewna: mamy go — rzekł w formie konkluzji człowiek obecny w gabinecie.
— Czyś pewien tego, ojcze Fromenteau? — spytał Gaillard. — Oto już jedenaście razy mamy go wieczór, a rano ci się wymyka.
— Cóż pan chce? jeszcze nie widziałem takiego dłużnika; to istna lokomotywa: zasypia w Paryżu, a budzi się w Seine-et-Oise. To istny wytrych.
Widząc uśmiech na ustach Gaillarda, dodał: — Tak się mówi w naszej branży. Przyskrzynić człowieka, nakryć go, znaczy aresztować. W policji kryminalnej mówią inaczej. Vidocq mówił do swoich klientów: „Dano do stołu". To zabawniejsze, bo tu chodzi o gilotynę.
Gazonal, którego Bixiou szturchnął łokciem, zmienił się cały we wzrok i słuch.
—Czy pan smaruje? — spytał Fromenteau groźnie choć zimno.
— Chodzi o pięćdziesiąt centymów (Odry w
Pajacach) — odparł administrator biorąc pięciofrankówkę i podając ją panu Fromenteau.
— A dla kanalii? ... — odparł tenże.
— Dla jakiej? — spytał Gaillard.
— Tej, której używam — odrzekł Fromenteau spokojnie.
— Czy jest gorsza? — spytał Bixiou.
— Owszem, panie — odparł szpieg. — Są ci, którzy nam udzielają wskazówek nieświadomie i darmo. Głupców i dudków stawiam poniżej kanalii.
— Kanalia bywa czasem ładna i sprytna! — wykrzyknął Leon.
— Więc pan jest z policji — spytał Gazonal spoglądając z niepokojem i ciekawością na tegosuchego człeczynę, niewzruszonego i odzianego tak jak pisarz u komornika.
— O której pan mówi? — rzekł Fromenteau.
— Więc są różne?
— Bywało ich aż pięć — odparł Fromenteau.
— Kryminalna, której naczelnikiem był Vidocq. — Kontrpolicja, której naczelnik jest zawsze nie znany. — Policja polityczna, policja Fouchégo. Następnie policja Spraw Zagranicznych i policja Dworu (Cesarz, Ludwik XVIII, etc), która wodziła się za łby z policją z Quai Malaquais. Skończyło się to za pana Decazes. Ja należałem do policji Ludwika XVIII,byłem w niej od r. 1793 z biednym Contensonem.
Leon de Lora, Bixiou, Gazonal i Gaillard spojrzeli po sobie mając w tej chwili wszyscy jedną i tę samą myśl. „Ilu ludzi musiał on posłać na szafot?" ,
— Dzisiaj chcą sobie dać rady bez nas, cóż za głupstwo! — podjął po pauzie mały człowieczek, który na chwilę stał się tak straszny. — Od roku 1830 w prefekturze chcą uczciwych ludzi; podałem się do dymisji i znalazłem sobie kawałek chleba w łowieniu dłużników ...
— To prawe ramię straży handlowej — szepnął Gaillard do ucha malarza — ale nie można nigdy wiedzieć, kto go lepiej opłaca, wierzyciel czy dłużnik.
— Im bardziej jakieś zajęcie jest świńskie, tym więcej w nim trzeba uczciwości — rzekł sentencjonalnie Fromenteau. — Ja służę temu, kto lepiej płaci. Chcesz pan odzyskać pięćdziesiąt tysięcy, a żałujesz kilku talarów. Daj mi pan pięćset franków, a jutro przyskrzynimy gościa, bo już wczoraj wzięliśmy go na oko.
— Pięćset franków dla pana samego? — wykrzyknął Teodor Gaillard.
— Lizeta nie ma szala — odparł szpieg, w którego twarzy żaden muskuł nie drgnął. — Nazywam ją Lizetą przez pamięć Bérangera.
— Masz pan Lizetę i tkwisz w swoim rzemiośle! — wykrzyknął cnotliwy Gazonal.
— To takie zabawne! Są amatorzy rybołówstwa i polowania, a przecie tropić człowieka w Paryżu, to o wiele bardziej zajmujące.
— W istocie — rzekł Gazonal sam do siebie
— trzeba na to talentu..
— Gdybym panu wyliczył przymioty, jakich żąda się od chwata w naszej branży — rzekł Fromenteau, który szybkim rzutem oka przejrzał Gazonala na wylot — pomyślałby pan, że ja mó-