Bezwiedni aktorzy - strona 9
mysł, wchodząc w dziedziną fantazji, rozrósłby się dziesięciokrotnie. Rynek świata należałby do Francji, jak w modach kobiecych, którym Paryż zawsze będzie dawał ton, podczas gdy nasz obecny kapelusz można wyrabiać wszędzie. Dziesięć milionów zagranicznych pieniędzy jest rocznie do zdobycia dla naszego kraju w tej materii ...
— To rewolucja! — rzekł Bixiou udając entuzjazm.
— Tak, radykalna, bo trzeba zmienić formę.
— Pan jest jak Luter — rzekł Leon, który zawsze ma słabostkę do kalamburu — pan marzysz o reformie.
— Tak, panie. Ach, gdyby dwunastu czy piętnastu artystów, kapitalistów lub dandysów, którzy dają ton, zechciało zdobyć się na odwagę na dwadzieścia cztery godzin, handel francuski wygrałby piękną bitwę! Ot, właśnie mówiłem żonie: aby to osiągnąć, oddałbym cały majątek! Tak, całą moją ambicją jest odrodzić kapelusz i zniknąć.
— To człowiek kolosalny — rzekł Gazonal wychodząc. — Ale ja wam powiem, że wszystkie wasze oryginały mają coś z południowców ...
— Chodźmy tędy — rzekł Bixiou wskazując ulicę św. Marka.
— Zobacymy jesce coś nowego? ...
— Zobaczysz lichwiarkę szczurów, koryfejek, kobietę, która posiada tyleż ohydnych sekretów, ile pan widzisz sukien wiszących w jej oknie — rzekł Bixiou.
I wskazał sklep, którego niechlujstwo tworzy jakby plamę wśród olśniewających nowoczesnych magazynów. Front tego sklepu malowany był w r. 1820, a bankructwo zostawiło go zapewne właścicielowi domu w wątpliwym stanie. Kolor znikł pod podwójną warstwą nałożoną przez czas i grubo przysypaną
www.toporow.pl
Konta www - Bilety lotnicze - J Angielski Warszawa - Zarządzanie produkcją - Modne spodnie
kurzem; szyby brudne, klamka otwierała się sama, jak we wszystkich miejscach, z których wychodzi się śpieszniej, niż się weszło.
— Co powiesz o tym, czy to nie jest cioteczna siostra śmierci? — szepnął rysownik do ucha Gazonala, pokazując mu za ladą straszliwą wiedźmę. — Nazywa się pani Nourisson.
— Ile za tę gipiurę, proszę pani — spytał fabrykant, który chciał iść o lepsze z werwą artystów.
— Dla pana, który przybywasz z daleka, niech ci będzie trzysta franków — odparła.
Dostrzegłszy żywość właściwą ludziom z południa, dodała wzruszonym głosem: — To po biednej księżnej de Lamballe.
— Jak to, tak blisko zamku? — wykrzyknął Bixiou.
— Panie, oni w to nie wierzą — odparła.
— Droga pani, my nie przychodzimy, aby kupować — rzekł mężnie Bixiou.
— Widzę to, proszę pana — odparła pani Nourisson.
— Mamy różne rzeczy do sprzedania — ciągnął znakomity karykaturzysta. — Mieszkam przy ulicy Richelieu, numer 113, szóste piętro. Gdyby pani zechciała zajść na chwilę, mogłaby pani zrobić bajeczny interes ...
— Ten pan chce może kilku łokci muślinu, które dobrze na kimś leżą — rzekła z uśmiechem.
— Nie,chodzi o suknię ślubną — odparł poważnie Leon de Lora.
W kwadrans później pani Nourisson przyszła w istocie do artysty, który na zakończenie tego żarciku zabrał do siebie Leona i Gazonala. Pani Nourisson zastała ich poważnych na kształt autora, którego praca nie zyskała sukcesu, na jaki zasługuje.
— Pani — rzekł nieustraszony kawalarz pokazując parę damskich pantofli — to po cesarzowej Józefinie.
Trzeba było odpłacić pani Nourisson równą monetą jej księżnę de Lamballe.
— To? ... — rzekła — to robione w tym roku; nie widzi pan marki pod spodem?
— Czy pani się nie domyśla, że te pantofle to przedmowa — odparł Leon — mimo że zazwyczaj stanowią one zakończenie romansu?
— Mój obecny tutaj przyjaciel — podjął Bixiou wsikazując południowca — ma ważny interes rodzinny w tym, aby się dowiedzieć, czy pewna młoda osoba z dobrego i zamożnego domu, którą pragnie zaślubić, popełniła błąd.
— Ile pan daje? — spytała spoglądając na Gazonala, którego już nic nie dziwiło.
— Sto franków — odpowiedział fabrykant.
— Całuję rączki! — rzekła z grymasem, który zawstydziłby szympansa.
— Ileż pani tedy chce, moja złociutka pani Nourisson? — rzekł Bixiou ujmując ją wpół.
— Przede wszystkim, moi drodzy panowie, od czasu jak uprawiam moje rzemiosło, nie widziałam jeszcze nikogo, ani mężczyzny, ani kobiety, żeby się targował o szczęście. A potem, powiedzieć wam? Jesteście trzej kawalarze — odparła krzywiąc w uśmiechu zimne wargi i podkreślając ten uśmiech wyrazem kociej nieufności. — Jeżeli nie chodzi o pańskie szczęście, chodzi o pański majątek, a na tych wyżynach, na których mieszkacie, tym mniej można się targować o posag. No — dodała przybierając słodką minę — o co chodzi, moje gołąbki?
— To rewolucja! — rzekł Bixiou udając entuzjazm.
— Tak, radykalna, bo trzeba zmienić formę.
— Pan jest jak Luter — rzekł Leon, który zawsze ma słabostkę do kalamburu — pan marzysz o reformie.
— Tak, panie. Ach, gdyby dwunastu czy piętnastu artystów, kapitalistów lub dandysów, którzy dają ton, zechciało zdobyć się na odwagę na dwadzieścia cztery godzin, handel francuski wygrałby piękną bitwę! Ot, właśnie mówiłem żonie: aby to osiągnąć, oddałbym cały majątek! Tak, całą moją ambicją jest odrodzić kapelusz i zniknąć.
— To człowiek kolosalny — rzekł Gazonal wychodząc. — Ale ja wam powiem, że wszystkie wasze oryginały mają coś z południowców ...
— Chodźmy tędy — rzekł Bixiou wskazując ulicę św. Marka.
— Zobacymy jesce coś nowego? ...
— Zobaczysz lichwiarkę szczurów, koryfejek, kobietę, która posiada tyleż ohydnych sekretów, ile pan widzisz sukien wiszących w jej oknie — rzekł Bixiou.
I wskazał sklep, którego niechlujstwo tworzy jakby plamę wśród olśniewających nowoczesnych magazynów. Front tego sklepu malowany był w r. 1820, a bankructwo zostawiło go zapewne właścicielowi domu w wątpliwym stanie. Kolor znikł pod podwójną warstwą nałożoną przez czas i grubo przysypaną
Darmowa reklama:
Pensjonaty w górach
Wakacje, sezon urlopowy w pełni; pensjonaty w górach zapraszają i zapewniają moc atrakcji.www.toporow.pl
Konta www - Bilety lotnicze - J Angielski Warszawa - Zarządzanie produkcją - Modne spodnie
— Co powiesz o tym, czy to nie jest cioteczna siostra śmierci? — szepnął rysownik do ucha Gazonala, pokazując mu za ladą straszliwą wiedźmę. — Nazywa się pani Nourisson.
— Ile za tę gipiurę, proszę pani — spytał fabrykant, który chciał iść o lepsze z werwą artystów.
— Dla pana, który przybywasz z daleka, niech ci będzie trzysta franków — odparła.
Dostrzegłszy żywość właściwą ludziom z południa, dodała wzruszonym głosem: — To po biednej księżnej de Lamballe.
— Jak to, tak blisko zamku? — wykrzyknął Bixiou.
— Panie, oni w to nie wierzą — odparła.
— Droga pani, my nie przychodzimy, aby kupować — rzekł mężnie Bixiou.
— Widzę to, proszę pana — odparła pani Nourisson.
— Mamy różne rzeczy do sprzedania — ciągnął znakomity karykaturzysta. — Mieszkam przy ulicy Richelieu, numer 113, szóste piętro. Gdyby pani zechciała zajść na chwilę, mogłaby pani zrobić bajeczny interes ...
— Ten pan chce może kilku łokci muślinu, które dobrze na kimś leżą — rzekła z uśmiechem.
— Nie,chodzi o suknię ślubną — odparł poważnie Leon de Lora.
W kwadrans później pani Nourisson przyszła w istocie do artysty, który na zakończenie tego żarciku zabrał do siebie Leona i Gazonala. Pani Nourisson zastała ich poważnych na kształt autora, którego praca nie zyskała sukcesu, na jaki zasługuje.
— Pani — rzekł nieustraszony kawalarz pokazując parę damskich pantofli — to po cesarzowej Józefinie.
Trzeba było odpłacić pani Nourisson równą monetą jej księżnę de Lamballe.
— To? ... — rzekła — to robione w tym roku; nie widzi pan marki pod spodem?
— Czy pani się nie domyśla, że te pantofle to przedmowa — odparł Leon — mimo że zazwyczaj stanowią one zakończenie romansu?
— Mój obecny tutaj przyjaciel — podjął Bixiou wsikazując południowca — ma ważny interes rodzinny w tym, aby się dowiedzieć, czy pewna młoda osoba z dobrego i zamożnego domu, którą pragnie zaślubić, popełniła błąd.
— Ile pan daje? — spytała spoglądając na Gazonala, którego już nic nie dziwiło.
— Sto franków — odpowiedział fabrykant.
— Całuję rączki! — rzekła z grymasem, który zawstydziłby szympansa.
— Ileż pani tedy chce, moja złociutka pani Nourisson? — rzekł Bixiou ujmując ją wpół.
— Przede wszystkim, moi drodzy panowie, od czasu jak uprawiam moje rzemiosło, nie widziałam jeszcze nikogo, ani mężczyzny, ani kobiety, żeby się targował o szczęście. A potem, powiedzieć wam? Jesteście trzej kawalarze — odparła krzywiąc w uśmiechu zimne wargi i podkreślając ten uśmiech wyrazem kociej nieufności. — Jeżeli nie chodzi o pańskie szczęście, chodzi o pański majątek, a na tych wyżynach, na których mieszkacie, tym mniej można się targować o posag. No — dodała przybierając słodką minę — o co chodzi, moje gołąbki?
— O firmę Beunier i Spółka — odparł Bixiou rad dowiedzieć się czegoś o osobie, która go interesowała.
— Och! — rzekła — za to wystarczy dwadzieścia franków.
— Och! — rzekła — za to wystarczy dwadzieścia franków.
Oznaczenia: Pensjonaty w górach


