Biała cisza - strona 4
droga długi, bardzo długi sznur. Ja biorę sznur i gadam: „Halo, Ruth, to ty?” A ty na to: „Czy mój dobry mąż?” A ja: „Tak”. A ty: „Nie można upiec dobra chleb. Nie ma już soda”. A ja: „Szukaj w schowku pod mąka. Do widzenia”. Szukasz w schowku pod mąka i znajdujesz dużo, bardzo dużo soda. Cały czas ty w Fort Yukon, jak w Arctic City. Oo! Biały człowiek wielki, wielki czarnoksiężnik. Tak, Ruth! Wysłuchawszy cudownej baśni Indianka uśmiechnęła się tak promiennie, że obydwaj mężczyźni gruchnęli śmiechem. Ale zamieszanie wśród psów przerwało nagle opowieść o cudach szerokiego świata; nim rozpędzili ujadających zapaśników, kobieta osznurowala już sanie i przygotowała wszystko do drogi.
— Jazda! Hej, kundle! Jazda!
Mason zręcznie wywijał batem, kiedy zaś psy skomląc wyprężyły się w szorach i przypadły brzuchami do ziemi, poderwał sanki żerdką kierowniczą. Ruth pogoniła za nim drugi zaprząg, a Malemute Kid, który pomagał jej startować, zamykał pochód. Silny, zahartowany w trudach prostak, zdolny jednym uderzeniem pięści obalić wołu, nie mógł się jednak zmusić do bicia nieszczęsnych zwierząt, lecz zachęcał je tak, jak rzadko to robią poganiacze. Ba! Niemal skowytał wraz z nimi litując się nad ich udręką.
— Śmiało, no, śmiało! Naprzód, zdrożone biedaczyska — pomrukiwał z cicha, gdy kilkakrotnie nie udało się ruszyć z miejsca obładowanych sanek; na koniec jednak cierpliwość doczekała się nagrody i psy skomląc żałośnie podążyły śladem towarzyszy.
Ustały wszelkie rozmowy. Praca na szlaku nie dopuszcza tego rodzaju zbytku, bo wędrówka przez pustkę Dalekiej Północy jest najcięższym ze wszystkich śmiertelnych trudów. Za szczęśliwca uchodzi ten, kto ceną milczenia okupi pomyślny dzień drogi ubitą ścieżką. Ale torowanie dziewiczego szlaku to harówka przekraczająca niemal wytrzymałość ludzkiego serca. Za każdym krokiem wielka rakieta grzęźnie, aż śnieg sięga kolana. Później wolniutko, prostopadle (bo cal odchylenia grozi katastrofą) trzeba wyciągać nogę na powierzchnię. I znowu naprzód! Druga rakieta zapada, aby po chwili windować się pół jarda w górę. Zuch, który po raz pierwszy próbuje tej zabawy, zmęczy się do cna i da za wygraną po stu jardach, jeżeli przedtem nie zaplączą mu się nogi i nie runie jak długi na biały kobierzec. Wędrowiec, co przez cały dzień nie wejdzie psom w drogę, może z czystym sumieniem i niewysłowioną dumą wpełznąć wieczo-
— Jazda! Hej, kundle! Jazda!
Mason zręcznie wywijał batem, kiedy zaś psy skomląc wyprężyły się w szorach i przypadły brzuchami do ziemi, poderwał sanki żerdką kierowniczą. Ruth pogoniła za nim drugi zaprząg, a Malemute Kid, który pomagał jej startować, zamykał pochód. Silny, zahartowany w trudach prostak, zdolny jednym uderzeniem pięści obalić wołu, nie mógł się jednak zmusić do bicia nieszczęsnych zwierząt, lecz zachęcał je tak, jak rzadko to robią poganiacze. Ba! Niemal skowytał wraz z nimi litując się nad ich udręką.
— Śmiało, no, śmiało! Naprzód, zdrożone biedaczyska — pomrukiwał z cicha, gdy kilkakrotnie nie udało się ruszyć z miejsca obładowanych sanek; na koniec jednak cierpliwość doczekała się nagrody i psy skomląc żałośnie podążyły śladem towarzyszy.
Ustały wszelkie rozmowy. Praca na szlaku nie dopuszcza tego rodzaju zbytku, bo wędrówka przez pustkę Dalekiej Północy jest najcięższym ze wszystkich śmiertelnych trudów. Za szczęśliwca uchodzi ten, kto ceną milczenia okupi pomyślny dzień drogi ubitą ścieżką. Ale torowanie dziewiczego szlaku to harówka przekraczająca niemal wytrzymałość ludzkiego serca. Za każdym krokiem wielka rakieta grzęźnie, aż śnieg sięga kolana. Później wolniutko, prostopadle (bo cal odchylenia grozi katastrofą) trzeba wyciągać nogę na powierzchnię. I znowu naprzód! Druga rakieta zapada, aby po chwili windować się pół jarda w górę. Zuch, który po raz pierwszy próbuje tej zabawy, zmęczy się do cna i da za wygraną po stu jardach, jeżeli przedtem nie zaplączą mu się nogi i nie runie jak długi na biały kobierzec. Wędrowiec, co przez cały dzień nie wejdzie psom w drogę, może z czystym sumieniem i niewysłowioną dumą wpełznąć wieczo-


