Biała cisza - strona 9
— Tylko jeden dzień. Nietrudno będzie oszczędzić żywności. A nuż się zdarzy, że ubiję łosia?
— No, niech będzie! Jeden dzień, ani minuty dłużej. I... I, Kid... Nie zostawiaj mnie... Niech sam nie czekam tego... Jeden strzał... Jedno pociągnięcie cyngla... Rozumiesz? Ach, pomyśl tylko, pomyśl! Krew z mojej krwi i nie dożyję dnia, żeby go zobaczyć!
Przyślij mi Ruth. Chcę ją pożegnać, powiedzieć, żeby myślała
o synu i nie czekała tu mojej śmierci. Mogłaby odmówić, nie chcieć pójść z tobą, gdybym jej nie przykazał. No i bywaj, stary, bywaj!
Kid! Słu... słuchaj. Wierć dziurę nad tym potoczkiem trochę wyżej ujścia. Wypłukałem tam z jednej szufli czterdzieści centów...
I... I słuchaj... — Malemute Kid pochylił się niżej, by złowić uchem ostatnie ciche słowa, którymi konający rezygnował ze swej pychy. — przykro mi... wiesz...
www.apipol.com.pl
Darmowe Ogloszenia - Stacje Pomiarowe - Biurko - Hotele Krakow - Rozbiorki Krakow
z powodu Carmen,
Malemute Kid zostawił Indiankę popłakującą z cicha nad rannym mężczyzną, zarzucił futrzaną pelerynę, przypiął rakiety śnieżne i ze strzelbą pod pachą zniknął w gęstwinie leśnej. Nie były mu obce troski i cierpienia częste na Dalekiej Północy, nigdy jednak nie stanął wobec tak bolesnego problemu. Teoretycznie rachunek był prosty; wyrażał się proporcją: trzy możliwe do uratowania życia przeciwko jednemu skazanemu nieodwołalnie. Mimo to stary wyga wahał się. Przez pięć lat ramię przy ramieniu na rzekach i żmudnych szlakach, w obozowiskach i kopalniach, spoglądając w oczy śmierci podczas walk, powodzi lub głodu Malemute Kid i Mason splatali węzeł przyjaźni. Łączyło ich tak wiele, że Kid odczuwał nieraz podświadomą zazdrość od chwili, gdy Ruth weszła między przyjaciół. A dziś więzy te trzeba będzie przeciąć własną ręką!
Malemute Kid gorąco modlił się o łosia — o bodaj jednego łosia — ale wszelki zwierz musiał widać opuścić okolicę i o zmierzchu zdrożony myśliwiec przywlókł się do biwaku z pustymi rękami i pełnym troski sercem. Przyspieszył kroku na odgłos zaciekłego ujadania psów i przeraźliwych krzyków Ruth.
Kiedy nadbiegł, zobaczył kobietę wymachującą siekierą pośrodku rozjuszonej sfory. Psy złamały żelazne prawo swoich panów: dobrały się do zapasów żywności. Mężczyzna przystąpił do dzieła posługując się kolbą strzelby. Na pierwotnym, dzikim tle rozszalała bezlitosna, zaciekła gra, zgodna z regułą doboru naturalnego. Siekiera i strzelba raz po raz podnosiły się i opadały, chybiając lub trafiając celu. Wiły się wychudłe ciała, groźnie połyskiwały ślepia, piana kapała z pysków. Ludzie i zwierzęta walczyli o przewagę aż do tragicznego końca. Wreszcie poskromione bestie odpełzły na skraj świetlistego
— No, niech będzie! Jeden dzień, ani minuty dłużej. I... I, Kid... Nie zostawiaj mnie... Niech sam nie czekam tego... Jeden strzał... Jedno pociągnięcie cyngla... Rozumiesz? Ach, pomyśl tylko, pomyśl! Krew z mojej krwi i nie dożyję dnia, żeby go zobaczyć!
Przyślij mi Ruth. Chcę ją pożegnać, powiedzieć, żeby myślała
o synu i nie czekała tu mojej śmierci. Mogłaby odmówić, nie chcieć pójść z tobą, gdybym jej nie przykazał. No i bywaj, stary, bywaj!
Kid! Słu... słuchaj. Wierć dziurę nad tym potoczkiem trochę wyżej ujścia. Wypłukałem tam z jednej szufli czterdzieści centów...
I... I słuchaj... — Malemute Kid pochylił się niżej, by złowić uchem ostatnie ciche słowa, którymi konający rezygnował ze swej pychy. — przykro mi... wiesz...
Darmowa reklama:
Propolis
Nasz propolis , Twoje dobre samopoczucie i zdrowie.www.apipol.com.pl
Darmowe Ogloszenia - Stacje Pomiarowe - Biurko - Hotele Krakow - Rozbiorki Krakow
Malemute Kid zostawił Indiankę popłakującą z cicha nad rannym mężczyzną, zarzucił futrzaną pelerynę, przypiął rakiety śnieżne i ze strzelbą pod pachą zniknął w gęstwinie leśnej. Nie były mu obce troski i cierpienia częste na Dalekiej Północy, nigdy jednak nie stanął wobec tak bolesnego problemu. Teoretycznie rachunek był prosty; wyrażał się proporcją: trzy możliwe do uratowania życia przeciwko jednemu skazanemu nieodwołalnie. Mimo to stary wyga wahał się. Przez pięć lat ramię przy ramieniu na rzekach i żmudnych szlakach, w obozowiskach i kopalniach, spoglądając w oczy śmierci podczas walk, powodzi lub głodu Malemute Kid i Mason splatali węzeł przyjaźni. Łączyło ich tak wiele, że Kid odczuwał nieraz podświadomą zazdrość od chwili, gdy Ruth weszła między przyjaciół. A dziś więzy te trzeba będzie przeciąć własną ręką!
Malemute Kid gorąco modlił się o łosia — o bodaj jednego łosia — ale wszelki zwierz musiał widać opuścić okolicę i o zmierzchu zdrożony myśliwiec przywlókł się do biwaku z pustymi rękami i pełnym troski sercem. Przyspieszył kroku na odgłos zaciekłego ujadania psów i przeraźliwych krzyków Ruth.
Kiedy nadbiegł, zobaczył kobietę wymachującą siekierą pośrodku rozjuszonej sfory. Psy złamały żelazne prawo swoich panów: dobrały się do zapasów żywności. Mężczyzna przystąpił do dzieła posługując się kolbą strzelby. Na pierwotnym, dzikim tle rozszalała bezlitosna, zaciekła gra, zgodna z regułą doboru naturalnego. Siekiera i strzelba raz po raz podnosiły się i opadały, chybiając lub trafiając celu. Wiły się wychudłe ciała, groźnie połyskiwały ślepia, piana kapała z pysków. Ludzie i zwierzęta walczyli o przewagę aż do tragicznego końca. Wreszcie poskromione bestie odpełzły na skraj świetlistego
Oznaczenia: Propolis


